czwartek, 14 lutego 2019

Haiku Jarosława Iwaszkiewicza


Haiku z wierszy Jarosława Iwaszkiewicza - część 1



o moje serce zgłodniałe, cyt
to płatków kwietnych
opada rój


otrząsam
miasta gwar
i czuję się poetą


a dziś
pod pustym oknem
liliowy kwitnie bez


ostatnie
stoją wiśnie
jak w szacie białych łez


wyhaftował ktoś drzewa
w drobniutkie listeczki


o zmierzchu
wszystkie farby stają się
liliowe


topól rzędy
szeptem liści wieczorne
sprawują obrzędy


powiał
od pól wiosennych
wiatr mojej włóczęgi


wiatr włosy me
i oczy całuje
od niechcenia


stoją rzędem
rozwiane złote chmury
w paciorkach jarzębin


zawisną
na twych rzęsach
ciepłe krople deszczu


woń rozpalonych łąk
słodzimy czas południa
pieszczotą senną rąk


lepsza jest
tafla stawu
niż morze uniesień


zielonych pól geometria
w dzień przedwiosny
wśród nagich wierzb


klarowny poranek
piję jak rzeźwe wino
z bardzo smukłych szklanek


niebo dziś jak emalia
liliowo-zielone
cisza w pustych pokojach


nieśmiertelniki
kwiaty
które nie żyją


o kogucim świcie
ciągnęły się przez pola
chłodne srebrne nici


pochyl się
znów nad stawu
mej przeszłości misą


daj pokój smutkom
ostawmy żalniki
lśniące nad wodą


skryję się w zbożu
zwiędłym nagle
i każdy o mnie już zapomni


zagajniki ciche
pełne smutku po deszczu
w mgle aż po pas stoją


niebo jest jak różaniec
z obłoków i słońca
który rosi modlitwy


jestem tak prosty
jak na leśnych porębach
najzwyklejsze osty


jestem cichy
w pogodne zmierzchy sine
i jakim jest cierpliwy


w ciszy dzwoniących cisz
gdy na zielonych mgliskach
wzbija się szarość wzwyż


niskie obłoki
smak węgierki
chłodnej


czy w białym zapłacze
kościele odlatujących
ptaków lament


ciszo wrześniowych wieczorów
jakom cię widział
z okien moich szyb


tylko ten wiatr
i słotny dzień
widz wieczny


wietrzny brzęk
śćmiewa ogrody
siny deszcz


wśród iw nadbrzeżnych
wzlatuje ptak zbudzony
a woda gładka


żyto
strzelające w górę jak małe
zielone fontanny


polowanie na wszy
na łące wiosennej
nad zieloną strugą


wschód słońca
poprzez czereśnie kwitnące
kwiecień


deseń liści kasztanów
na letnim nocnym niebie


lampy elektryczne
oświetlające
mgły jesienne


bezmierne tęsknoty
w pustce
arystokratycznych salonów


śmierć
na tle szarej fali
pienistego morza


sen nasz
na dnie
głębokiego jeziora


widzę nas
w płaszczach gumowych
na szarych trotuarach


roztopiła się łódka
w mgle
na stawie


pokoik na poddaszu
gdzie dawniej zaglądały
bzy białe


mój długi ciężki
tren z żółtego aksamitu
pachnący łubinem


stepem idzie
oddech sierpniowy
gwiazdy spadają jak deszcz


lipiec kiedy drzewa
pachną tak mocno
w cieniach alei


bór świerkowy
pokrywający strome zbocza gór
objął nas swoim ramieniem


fikusy
wyciągają sztywne liście
do światła gromnic


boczna uliczka
szczerzy okna
w każdym oknie fuksja


w ogrodach jest
o tej porze
wielka cisza


upał osiada
jak pieszczota zmysłowa
na obnażonym moim ciele


niebo chłodem
zachodzi jak oko
migreną


wieczorny
po słocie spoczynek
na futer niedźwiedzich bieli


chłodny gruszek smak
i żar ognia
pauza ciszy


w tych słotnych drzewach
dziwnie się nam milczy
i mówi


niebo
mądrość jedyna
płynie jak skrzydła kraski


pierwsze kiełki
piwonii czerwone
jak raka kleszcze


przez okna
na tle złotym widać drzew
czarne słupy


złoto tego wieczoru
odbija się
o fanty


pójdziemy przez to słońce
kolejno jak żurawie
nic nam nie pozostaje


niechętne
wody rzeczułki lenią się
naprzód biec


oto księżyc właśnie
ten skrawek
pośród brzóz


te wszystkie nienawiście
i złote w parku liście


park staje się
samotny nie wiem
czy dłużej będę


jak motyl
uwiązany za oknem
liść się trzepie


czerwone liście płaczą
jak statków pstre bandery


za oknem
jesień drzemie
i ściąga cichy welon


dojrzałe głowy
pochyliły śliwy
będzie się zapach słodki na nas kładł


miłości wielka
słodycz jest w letnie
dżdżyste dnie


rysuje deszcz
na szybie perełek
szklanych kratę


południe
dzwoni zegar
leniwy schrypły gong


o zmroku
ze słów twoich
wysnuwam sobie baśnie


przedwieczerz
srebrny obiad
świecznika płonie pąk


twoje ciało słodkie
złotem miodu oblane
jedyne i wiotkie


przyszła
do moich sadów
już jesień w odwiedziny


gdzieniegdzie
tylko spada
na nasze ścieżki liść


jesień
zostanie z tobą
może nie będzie słotna


nim jeszcze jarzębiny
spóźnionym spłoną
złotem


słońce spoza parku
obejrzało się złocąc mi
włosy na karku


las jak miasto
jest pełen
niepotrzebnej wrzawy


na sinym aksamicie
będziesz jak morela
wyłuskana z szat wszelkich


na bladych okien
wodniste zasłony
upadnie siny wieczór


zima odejść nie może
jaskółka kwili
Boże


w straszliwym miast szeleście
noc zapada czasem
jak śmierć głucha


staje się znów wonną
lipa stara kwitnąca
nad polną madonną


wolno i przyjemnie
obłoki jak łodzie
przepływają we mnie


w ładną pogodę
lipiec miodem śpiewa
złoci żyto młode


uśmiecham się
na niebie chmury
a stokrocie


zmarszczek w zmroku
jesiennym ukrytych
nie liczę


któż rozpozna
staw czarny zamarzły
o zimie


powozy mkną ulicą
a we mnie cicho
jak w kościele


w śnie moim
nagle drzewo boleści
wyrosło


równe szare pole
i na wodzie odbite
trzy mgliste topole


przed deszczem obłoki
na gasnącym niebie


jak ryba w noc
raz pluśnie myśl
o tej miłości


jak krem
różowa kwiatów
piana


wszystko
co mogły mi dać słowa
jak pusty plac jest


strzyżone topole
okaleczone
wyciągają łapska


niedaleko jest fontanna
znieśmy jej
szmeru morza


upał to jest
niebieski kochanek


w upale dyszą
wiolonczele a każda z nich
ma kształty dzbanu

100
……
o moja pusta ulico
głęboka jak rów
czarna


idziemy
liście szemrzą
woda prawie zamarzła


chłodne bardzo
powietrze jak wino
wpada do gardła


słońce
zanim zajdzie
obmyje oczy mgłą


gdzież nasze myśli są
podobne do motyli


jestem jak mrówka
w zasypiającym na zimę
mrowisku


latarnie świecą nikle
zasnuła dale mgła


biały krąg księżyca
olbrzymi
przybliż swoje lica


pochyl się nad kołyską
nad czarnym
czarnym stawem


zielone trąby grają
fioletem zaszła dal


płyną obłoki
odeszły w ciemność
zmęczone kroki


pytam się
czy wolisz poranek
czy wieczór kołyszący las


już zadniało
odejść chcę
niebem zbladłem


stara sina brzezina
podaj ust mi twych
słodką fujarkę


noc na oknie usiadła
odwróciła się
nie słyszy


patrzę za siebie
ciemno
na daleką przebrniętą drogę


czeszę włosy trawy
rękami obiemia
czekam twego listu


dzisiaj przez upały
przeszły lekkie dreszcze
nie chcę myśleć jeszcze


znów się zaniebieszczy
jak sierpniowe niebo
myśleć nie potrzeba


październik
i nasz zbłąkany
zadumany krok


siwym samochodem
przemierzać zrudziałe
od mrozu winnice


na pustym polu
szarych ulic
nie błyśnie profil twój daleki


ulice puste
wymiecione przez wiatr
i żałobę


zielony bluszcz
na czerwonych zwieszony
ruinach


jak ćmy
snują się w świetle
szare automobile


za ciasno nam
okno otwieram i patrzę
w morze nocy


tylko patrzymy
w oczy podobne
do stawów zakwitłych


uczepić się
białych obłoków chcemy
jak wiosny rękawów


niskie trawy strzyżone
niby aksamit lub sierść


cisza ze mną
kładzie mi dłoń swą
na wargach


noc
siedzę przy kieliszku
już mnie prawie nie ma


niebo deszczem ślini
na twoich wspomnień
złoty dysk


pieśń jak srebra woda
wycieka z czarnego lasu


oczy mam pełne jeszcze
jesiennej melancholii


zimna
rzeczywistość na ustach
nam zamiera


na równinach
wiatr dyszy


szczątki ruin
i resztki
roztrzaskanych wierszy


boga cień w ruinach
opuszczonej świątyni


razem pójść
nad wyschłe
kamienne ruczaje


fotografie nie moich
i niczyich ulic
i słowa


po twym ciele
kołysze się słodkie
i ciężkie zboże


młyny stare
wiatraki samotne
opuszczone


kogut śpiewa
i wypadają
z pochw kasztany


wieczorem
patrzą szyby
na zachód słońca


nie pisać
wierszy ani prozy
tylko pójść zobaczyć


kwiatów nie ma
przy drodze
tylko dwa rumianki


posłuchaj
jak wiatr nocą dyszy
i nie myśl już o tamtej


bąki
w długie zmierzchy derkają
jaka tęskna nuta


siąść pogładzić pieski
i patrzeć w iskry złote
tryskające z pieca


oto jesień
zbielała pełnia
wstaje właśnie


odejdź ode mnie
dziewczę
minęłaś jak lato


w piecu ogień się zapali
obojętni i spokojni
będziem spali


jak zawsze
mnie zachwyci
nasza droga polna


ziewają okropnie
i idą spać samotne
śmierć je czasem budzi


zapach kwitnących wiśni
zetrze wszystko
co źródłem jest niemocy


bezlistne drzewa
w słońcu całe na sznurach
siny fartuch schnie


o zmroku fiolet
z nieba spływa powraca
z wolna szklisty chłód


jak pusta karta
leży staw
i pierwsza gwiazda


miło mi
od oczu twych zielonych
odpędzać taniec os


głosy ptaków
już opadły niby zwiędłe
liście z drzew


kiedy chłodny deszcz pada
wchodzę między drzewa


nie wiem
czy szumią liście
czy szumi ulewa


siostra noc mnie przygarnia
połą swego płaszcza


Orion wbity
w zieleń nieba niby bukiet
sztywnych róż


złociste piaski i czarne sosny
ciepłe jesienie i zimne wiosny


wierzby stuliły się
jak gniazda
i śpią nad wodą


w czarnej ziemi
w sinym niebie
uśmiechu twego płynie woń


gwiazdy zamiecione
podmuchem wichru
w złota wir


sam jak drzewo
ponad wodą
stoję


karpie ciemne
zasypiają
złote oczy zgasły już


wiszą
mokre liście
jak zmęczone dłonie


przychodzi niewidzialny
ubrany
w powłóczyste chłody


czekam aż liście
opadną z drzewa
na dno


dymy ognisk pasterskich
stoją nieruchomo
nad płomieniem


niebo całe
zielone i szkliste
jest tylko dnem z emalii


wiatr od szczytów
żółte wzgórza chłodzi


w sinej pomroce
z wolna
zanikają woły


pierwszy piorun
ziemię z martwych śniegów
iska


włos umarłych
w wietrze nasyconym lata
jak pasma paździerzy


coraz ciemniej
śnieg spada
na nasze powieki


chodź
spoczniemy wreszcie
w czarnym cieniu zimy


drzewka
stopami w ciepłym
schowane asfalcie


powietrze
co ma posmak
letniej limoniady


różowa dziewczyna
uśmiecha się jak letnie
wczesne popołudnie


słońce już ku olchom
schyla się powoli
ot i dzień skończony


gęsi krzyczą za lasem
budzę się
nad ranem


staw cały
okryty mgłą paruje
w przedjesienne rano


zanurzyć się
w noc ciemną
niby w zimną wodę


znowu zasnąć na sianie
z gwiazdami nad głową


patrzeć
pomiędzy kolumnami
na gasnące niebo


dawną ujrzeć
wodę przejrzystą
a w niej swe odbicie


zeschło mi serce wiórem
niby liść w jesieni


w słońcu kanikuły
leżałem samotnie


nad źródłem wyschłym
Narcyz stary
nie widziałem odbicia


świątynie opuszczone
niby puste plastry
z których miód wyciekł


powieki tylko drgają
jak białe irysy


późno śniadanie
przed oknem był staw
pełen chłodu


przepływają obłoki
jesienne łabędzie


gorąco
powietrze się sączy
i jest jak baryłka miodu


upał jest
zmęczony jestem
i płaczę


gorzki zapach listowia
jak łza
na wardze osiada