czwartek, 8 lutego 2018

chemoterapia




chemoterapia
drzewo bez liści
jeszcze piękniejsze




zimowy ranek
senny dżin unosi się
nad czarną kawą




lampka wina
w zimowy wieczór
trochę światła



piątek, 2 lutego 2018

pusta szosa



pusta szosa
wtapia się w upał
zapach smoły




nagły deszcz
przyspiesza zmierzch
późny wrzesień




twoja ręka
cieplejsza od mojej
wiatr na peronie



czwartek, 18 stycznia 2018

Haiku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego



160 haiku z wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego


przez błota
miody grząskie
gdzie ruch jest słodyczą


wśród dróg
znieruchomiałych
długich jak pacierze


teraz jest biało
cisza
zimowego wieczoru


dłonie-wachlarze
wachlują gwiazdy
którym nazbyt gorąco


świt
na szybach baran
w szyby gołąb złocisty


chłód fioletowy
odął usta
chimerom


a potem już
było cicho – powietrze
pachniało morwą


tylko noc
noc deszczowa i wiatr
i alkohol


przybrana
w złociste kaczeńce
kwiaty mojego dzieciństwa


ten wiatr jest piękny
piękniejszy
gdy się oddala


ręka wiatru porusza
ufarbowane
wstążeczki


mgłami i alkoholem
ulica Towarowa
rośnie i boli


rozmowy gwiazd
na gałęziach pozwól mi
słyszeć zielonych


bór skrzypiał
jak stary kredens pełen
zajęcy i ziół


bólu tyle
wsiąkłego w mrok
kamienic


drzewo w kominie bzyka
na ręce złocone ogniem
płynie muzyka


na wiosnę
śpiewną od ptaków
patrzymy z mostu


za tymi drzwiami
całowana dwoma oknami
stoi róża w wazonie


poziomki słodkie
są w parowach
i słodsze cienie


w lecie stary kot
usnął pod lufcikiem krzywym
na parapecie


w szachy grają
dwa biedne diabły
śnieg po Wilnie hula


pod sztuczną palmą
listy piszemy
na brudnych dworcach


pojawiają się pszczoły
powój mocniej zapachniał
na usypisku


obłoki szczęśliwe jak woły
po mych kędziorach błądzą
jak po pastwisku


w dali
było smutno
wiatr trawy szczypał


szaro
zeszły się barwy
smutne i kobiece


śnieg taki ciepły
a noc mroźna
z dzwonkami


kałuże
światłem kupczą
srebrem kałuż


gwiazdy jak dzieci
trzymające świece
wieczór jak pochyłość


gdy noc głębsza
zasnuje nas swym
słodkim dymem


lato się tak
jak skazaniec kładzie
pod jesienny topór krwawy


jak muzyka Albeniza
przewraca nas na łóżko
wiatr


księżyc diamentem
szyby tnie – na zachód
lecą ptaki


na szosie lubelskiej
rozhulał się rozbisurmanił
wiatr wrześniowy


z gwiazdami
jak z dziewczynami się bawisz
w zaczarowanej tancbudzie


pająk nad łóżkiem
zwiesza się – szkoda
że nie baldachim


po moście
gołąb chodzi poważnym
krokiem niemieckim


gorzka jest
nasza miłość gorzka
jak czarna morwa


zachód
jak witraż burgundzki
roztłukł się już nad Wilnem


świeca – biedna babcia
uwięziona w kloszu
wiatrowi na pośmiewisko


górą sunęły chmury
wolno
jak wół za wołem


rosa zdjęła mi
upał z czoła – ptak się jakiś
odezwał w życie


kołowałem na nocy
jakby zaśnięta pszczoła
na gramofonowej płycie


wiatr znowu zalatał
noc mi w usta wpadła
jak morwa


ćmy zadrzemały
przy lampie
i świerszcz zamilkł


irys pod płotem zakwitł
i zapatrzył się
w nocy źrenice


już się księżyc zasępiał
lecz zielone jeszcze
oczy miał


liść za liściem
ogniem błysnął
ranek przyszedł


pod okapem
zasnął gacek
z klombu prysły konstelacje


strach pospołu
z psalmistą tak spijam
jak ciemne wino


splatam za wierszem
wiersz jak wianek
z rozmarynu


w braku telefonu
na leśnych dzwonkach
dzwonić można


krążyć w cieniu
starych kolegiat i jak kraskę
łowić marzenie


jesień nadchodzi
pogodna i nagrzana
jak uśmiech dziecka


będziemy grzać się
w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach


jeszcze trochę
jeszcze parę zbóż
i te olchy


deszcz ustał
i księżyc wzeszedł
i zaczął się przypływ sumienia


ukryć się tu
w ciemnej sieni
z dala od rynku


po niebie płynie
moje serce i rozpryskuje się
na dachach


co za bezdroża
wśród chmur a miasta
ciężar chmurny


sowiooka noc
zielonooka noc
noc jest wieczna


deszczyk mży
i w śmiesznych rynnach
woda płacze


księżyc w niebie
jak bałałajka ech
za wstążkę by go tak ściągnąć


noc i Notre-Dame
i wiatr na pustym
placu sam


musnął wietrzyk
dąb w czuprynę
spadają żołędzie


przysypują
srebrnym pudrem gwiazdy
świat jak kołacz


księżyc wyciąga ręce
najlepsze te małe kina
w rozterce i w udręce


śnieg tak pachnie
jak lilia – deszcz
jak wino upija


dąb żołędzie miota
zieloną ma jeszcze głowę
a serce ze złota


przemija dzień
i nowy dzień
mgłą się zasnuwa


dłubie z nudów
senny nów
w szparach okiennic


kobiety pieką ciasta
i łamią dziobami wrony
gałązki na nowe gniazda


świerszcz na moście kwili
a ten wiatr oddech wasz
z oddechem łączy nocy


rzućcie kwiat
ta noc dziś
dla was tańczy


dzień nadchodzi
deszcz
konary obmył


chmury
zady bijące ogniem
w gwarliwość rzeczki


wiatr podkręca
wąsy dorożkarzom


latarnie gazowe marzą
o czym marzą?
a czy ja wiem


radość na firmamentach
spadająca w usta
jak deszcz


kwiat otwiera oczy
w ogrodzie – zorza wieże
złotem okleja


pierwsza zieleń
na brzozach a kora
taka biała


śpiewa wilga
wytchnienie
złota chwilka


gwiazdy
zielonooki sierpień
po sadzie tańczył


zaciemniły się
świerki – nad każdym
wzeszła gwiazda


światło zorzy
dalekiej jest jak miasto
dalekie


trzcina śpi
na jeziorze
znieruchomiały zorze


szumi wiatr
w szumie wiatru jestem
na śmierć zakochany


zielony ptak sierpnia
na czarnej wieży nocy
przysiadł


zazieleniło się wszystko
a ty masz we włosach
zielony grzebień


waltornie Mozarta
grzmią a deszcz po szybie
płynie jak w kinie


w szyby okienne
winkrustowuje się
jesień


jak las jesienny
świece w lichtarzach
czerwone


trzcina zaczyna
płowieć a żołądź większy
w dąbrowie


chmury pędzą
po niebie jak wielkie
psy myśliwskie


pszczoły śpią
tylko woda chlupie
o brzeg bez przerwy


roześmiany wiatr
przygrywa na sitowia
strunach zielonych


jak Wenus
pachnie szałwia
ptak siada na ramieniu


sznurem długim
gwiazdy na twych włosach
siadają jak papugi


tuman
nad łąką dymi
księżyc swój lichtarz wzniósł


ze wszystkich kobiet świata
najpiękniejsza
jest noc


suniesz do brzegu
krokiem lżejszym od zmierzchu
drżąc jak trzcina


piszę wiersze na piasku
pióro maczając
w księżycu


żołędzie z dębów
spłukuje wesoła
młócka deszczu


deszcz
po polach hula
bo nie ma żadnych zmartwień


błyska się
piorun broi
lasowi rośnie broda


z oczu łzy
jak sok
z winnych gron


dopala się
nafta w lampce – lamentuje
nad uchem komar


południowa godzina
mazur pszczół w złotych
sierpnia pokojach


rozświstał się wiatr
na fujarze – małe gwiazdki
nad olchami zdmuchnął


zza węgła
z fajką srebrną w zębach
wyszedł księżyc


słońce wschodzi
nad knieję – serce jak śnieg
topnieje


lato w lesie
ciemność zielona
w świerkach


niebo to jest
małe miasteczko
w niedzielę


zima
to plecy twoje
białe


ze srebrnych
księżycowych jezior
delfin wysuwa ucho


koło niego
a za oknami śnieg
wrony na śniegu


ciemna chmura błyska spodem
woda kamień ochlapuje


nie padają łzy kamienne
nie rozświeca się poranek
tylko mewy wrzeszczą


tam daleko
bębni burza a tu z przodu
wicher śpiewa


firanki
wiatr kołysał
konwalią pachnący


dzwoniło ciężko
srebro gwiazd
w warkoczach nocy


listopad nadchodził
w zabłoconych butach
z liściem klonu we włosach


wiatr jak ból przewlekły
a noce były zimne
i ptaki uciekły


co się w wiatr rozmotało
to się zmota – za pagórkiem
cicha woda


jeszcze kur
nie zapiał pierwszy
knot w glinianej lampie skwierczy


księżyc
jak wisielec wisi
wnet w dzwony uderzą mnisi


wiatr tylko płomyk
ośwista i zgasi
i czmychnie sobie


ni skrzypce ni dzwony
nie dźwigną piękności
pagórków zielonych


ciemno wszędzie
nagle zima przyszła
a ulica pędzi


jesień
leci liście
pobrzękuje struna


świateł na podwórzu skąpo
Wielki Wóz przesuwa się
nad pompą


gałęzie i konary
pośród których odpoczywam
jak chmura


noc jak bas
księżyc wysoko
jak sopran


a śnieg się ustatkował
i położył się
i leży


ten promień
niech zostanie
ja znikam


nasze sanie zima otoczyła
pora wróbli
i świecących okien


ucicha wiatr i milknie sowa
gdy nadchodzi pora
księżycowa


mosty tracą kres
smyczki się dłużą


dzikie wino gore
i się zwija raz w es
raz we flores


światło moje
cichnie
jak muzyka


śni się w noc wrześniową
żeś trąciła gałązkę
deszczową


chmiel na rogach jelenich
usechł i już się sypie
w szybach tyle jesieni


minął dzień
i na stole stoi
lampa naftowa


księżyc w srebrnej peruce
gra jak Bach na organach


chodzi wiatr nad jeziorem
trąca dęby i graby
i znów wieczór


gwiazdy
jak śnieg się sypią
do leśniczówki wchodzą


wrześniową nocą
w twoim małym lusterku
noc świeci gwiazdą wielką


dźwięk skrzypiec
nad ulicą
pelargonia w księżycu


zstępuje deszcz z wysoka
krzewy napełnia wrzawą
wykrzywia drzewa


gdy grudzień hula
gdy zimno nawet wilkom
pusto tu


tylko śnieg
wiatr w piskliwych tonach
i chorągiew żałobna


ptaki śpią
tylko droga się srebrzy
i Wisła świeci jak latarnia


na liść dzikiego wina
jak na mapę
ojczyzny patrzę


o każdej
godzinie
wiatr szumi w dzikim winie


wiatr dmie
w srebrne pasma chmur
a każda chmura inna


smak twych ust
jak morwa cierpki


ile deszczów
ile śniegów
wiszących nad latarniami


znów noc
jak ludzie wysocy
stoją świerki


z chmury zwisa
śnieg z ukosa


gwiazdy świecą
w głębi nocy
jakby w głębi wielkich skrzypiec